Spadaliśmy, zdawało mi się to trwać wieczność. Miliony kropel wody dosięgały mnie z wszystkich możliwych stron, zmuszony zamknąć oczy przez nie, wpadające do nich z boleścią, mogłem tylko się domyślać, ile dzieli mnie od wzburzonej, spienionej dziko wody. W końcu poczułem, jak jej chaotyczna powierzchnia jest już ponad mną. Tak - właśnie szedłem na dno koryta rzecznego, o dziwo bardzo głębokiego jak na rzekę. Cóż, chyba, że to jezioro, ale czy aby na pewno? Uradowany nie zastanawiałem się nad tym dłużej, przecież żyję, i to się teraz liczy. Ale przecież nie tylko ja spadałem, nie tylko mi groziła śmierć poprzez utonięcie, czy chociażby nadzianie się na skały uformowane na kształt stalagmitów. Yume mogła mieć mniej szczęścia i trafić na takie właśnie formy kamienne. Rozejrzałem się pośpiesznie wokół, ale nigdzie nie dostrzegłem jej charakterystycznego, brązowego futra. Zacząłem więc przełamywać opór, jaki woda stawiała przede mną i dostawać się nad powierzchnię. Jednak w momencie poczułem, jak coś chwyta mnie za ogon i ciągnie w dół. Obróciłem się zdziwiony i mocno zaniepokojony. Wnet poczułem ból, lekkie ukłucia i dostrzegłem zawieszone na moim ogonie... ryby? O mało co nie wypuściłem resztek powietrza, jakie mi pozostały w płucach. Nie zdołałem wziąć głębokiego wdechu, zanim wpadłem do wody. Przednia prawą łapą uderzyłem z całej siły w jednego szkodnika, który swoimi ostrymi zębiskami zaczął coraz bardziej wgryzać się w mój ogon, na szczęście obrośnięty gęstym futrem, chroniącym mnie teraz przed dotkliwym bólem. Z każdą chwilą jednak czułem, jak powoli ich szczęki wgłębiają się w moją sierść i zaczynają dochodzić do samej skóry ogona. Poruszałem nim na boki, ale takie obciążenie plus woda wszystko utrudniły i nie dało to żadnego rezultatu. Nie zwracając na nich prawie żadnej uwagi, zacząłem ponownie brnąć w stronę niespokojnej tafli wody, której pomarszczony wierzch uniemożliwiał zobaczenia, co czai się poza wodą. Gdy tylko się wynurzyłem, zacząłem głośno oddychać. Myślałem, że wypluję płuca, ale mimo wszystko starałem się odnaleźć wzrokiem Yume. Dostrzegłem jakieś piętnaście metrów dalej wyrzucaną do góry wodę i usłyszałem głośny, aczkolwiek stłumiony plusk. Mając nadzieję, że to ona i że już zdążyła połapać się, że w wodzie grasują piranie, sam zacząłem zajmować się tymi, które zgromadziły się wokół mnie, a było ich coraz więcej. Wziąłem głęboki wdech i gdy tylko zanurkowałem, poczułem ostry ból na uchu, rodzący w moim wnętrzu głośny ryk. Jednak zamiast niego z mojego pyska uleciało parę bąbelków wody, gdy wgryzałem się w ciało około trzydzieści centymetrów twardego z wierzchu cielska, brnącego prosto w moją stronę. Potrząsnąłem parę razy łbem, zabarwiając wodę wokół na czerwony kolor i jednocześnie zrzucając rybę na moim uchu gdzieś w dal. Łapami szaleńczo młóciłem szkarłatną wodę, rozrywając kolejnego osobnika, tym razem z większą zawziętością. Tylnymi łapami starałem się strącić te czające się na moim ogonie, teraz już mocno mi doskwierające.
< Yume? >
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halt. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 czerwca 2017
piątek, 2 czerwca 2017
Od Halta c.d. Naili
Wadera odwróciła się z wolna, jak to robią w książkach o charakterze dreszczowców bądź horrorów. Jeszcze gdybym zamiast mieć postać wilka, byłbym wyższy o parę metrów, z mojego pyska wystawałyby setki ostrych kłów, ociekających jej krwią, a ciało pokryte było łuskami... Wtedy byłby to klasyk, chociaż trochę przynudnawy. Bo najbardziej straszne jest to, co skrywa tajemnice, a przynajmniej moim zdaniem tak właśnie jest.
- Jestem Halt, nie masz się czego obawiać z mojej strony - rzekłem energicznie i wesoło, w końcu poznaję nowego wilka. A raczej wilczycę - jej białe futro, gdzieniegdzie przyprószone szarym lub brązowawym odcieniem. Postawiła uszy do góry, ale wiedziałem, że to jeszcze nie oznacza przyjaznego nastawienia. W końcu uciekała, czego więc mogła się obawiać? Ukradła coś? Jest nowa i napotkała pierwszego na tym terenie nieznajomego wilka?
- Jestem Naili... - przedstawiła się, z lekkim wahaniem. Z każdą chwilą jednak nabierała pewności siebie, stanęła już wyprostowana na łapach, pod którymi niewątpliwie skrywały się potężne mięśnie. Była ona bardziej masywna, niż ja sam. Ale właściwie nie dziwiło mnie to, nie często stawiałem na siłę - raczej na sprawność umysłową, jak i fizyczną, ale nie na siłę. Udana ucieczka jest w końcu zawsze lepsza od nieudanej walki, czyż nie? Chyba, że w grę wchodzi własny honor. Ale czy stracenie życia naprawdę jest warte obronienia jedynie własnego imienia? Gorzej, gdy w wydarzeniu bierze udział jeszcze drugi wilk, bezbronny, któremu należy pomóc. Ucieczka wtedy byłaby jednak gorsza od śmierci, przynajmniej moim zdaniem. Bo czy warto żyć z krwią na własnych łapach, z myślą, iż miało się okazje uratować komuś życie, a uniknęło się tego, jednocześnie skazując drugiego wilka na śmierć? Okrucieństwo, i to w czystej postaci.
- Miło mi - powiedziałem żartobliwym tonem, chociaż nie miałem na celu nikogo ani niczego wyśmiać. Cóż, tak już mam, powaga jest mi bliska, choć dość trudna do wykrycia. - Czego się obawiasz z mojej strony? Co taki starzec, jak ja, mógłby zrobić tobie, silnej oraz młodej wilczycy? - uniosłem wysoko brwi, o ile można to tak ująć. Chciałem sprawdzić, jak bardzo uzna mnie za nic niepotrafiącego, już zbyt starego, by mieć jakiekolwiek szansę z nią, basiora. Uśmiechnąłem się lekko, gdy otworzyła pysk, już chcąc zabrać głos w tej sprawie. Wciąż byłem gotów stanąć do walki, chociaż szczerze mówiąc, nie miałem na to najmniejszej ochoty. I dobrze wiedziałem, że gdybym jej nie docenił, faktycznie skończyłbym bardzo, ale to bardzo źle. Mógłbym w porę nie zareagować, dając się pociachać na małe kawałeczki. Do tego nie znałem działania jej mocy, a skoro mówi ludzkim językiem, to musi być chociaż po części... magiczna, wyjątkowa. Jak wszyscy członkowie naszej watahy.
< Naili? >
- Jestem Halt, nie masz się czego obawiać z mojej strony - rzekłem energicznie i wesoło, w końcu poznaję nowego wilka. A raczej wilczycę - jej białe futro, gdzieniegdzie przyprószone szarym lub brązowawym odcieniem. Postawiła uszy do góry, ale wiedziałem, że to jeszcze nie oznacza przyjaznego nastawienia. W końcu uciekała, czego więc mogła się obawiać? Ukradła coś? Jest nowa i napotkała pierwszego na tym terenie nieznajomego wilka?
- Jestem Naili... - przedstawiła się, z lekkim wahaniem. Z każdą chwilą jednak nabierała pewności siebie, stanęła już wyprostowana na łapach, pod którymi niewątpliwie skrywały się potężne mięśnie. Była ona bardziej masywna, niż ja sam. Ale właściwie nie dziwiło mnie to, nie często stawiałem na siłę - raczej na sprawność umysłową, jak i fizyczną, ale nie na siłę. Udana ucieczka jest w końcu zawsze lepsza od nieudanej walki, czyż nie? Chyba, że w grę wchodzi własny honor. Ale czy stracenie życia naprawdę jest warte obronienia jedynie własnego imienia? Gorzej, gdy w wydarzeniu bierze udział jeszcze drugi wilk, bezbronny, któremu należy pomóc. Ucieczka wtedy byłaby jednak gorsza od śmierci, przynajmniej moim zdaniem. Bo czy warto żyć z krwią na własnych łapach, z myślą, iż miało się okazje uratować komuś życie, a uniknęło się tego, jednocześnie skazując drugiego wilka na śmierć? Okrucieństwo, i to w czystej postaci.
- Miło mi - powiedziałem żartobliwym tonem, chociaż nie miałem na celu nikogo ani niczego wyśmiać. Cóż, tak już mam, powaga jest mi bliska, choć dość trudna do wykrycia. - Czego się obawiasz z mojej strony? Co taki starzec, jak ja, mógłby zrobić tobie, silnej oraz młodej wilczycy? - uniosłem wysoko brwi, o ile można to tak ująć. Chciałem sprawdzić, jak bardzo uzna mnie za nic niepotrafiącego, już zbyt starego, by mieć jakiekolwiek szansę z nią, basiora. Uśmiechnąłem się lekko, gdy otworzyła pysk, już chcąc zabrać głos w tej sprawie. Wciąż byłem gotów stanąć do walki, chociaż szczerze mówiąc, nie miałem na to najmniejszej ochoty. I dobrze wiedziałem, że gdybym jej nie docenił, faktycznie skończyłbym bardzo, ale to bardzo źle. Mógłbym w porę nie zareagować, dając się pociachać na małe kawałeczki. Do tego nie znałem działania jej mocy, a skoro mówi ludzkim językiem, to musi być chociaż po części... magiczna, wyjątkowa. Jak wszyscy członkowie naszej watahy.
< Naili? >
czwartek, 1 czerwca 2017
Od Halta c.d. Invicty
Truchtałem przed siebie, mocno pobudzony zapachem miodu. Tak, zdecydowanie gdzieś w pobliżu musiało znajdować się jakieś gniazdo pracowitych pszczół, których bzyczenie dało się słyszeć już od parunastu minut. Wiedziony argumentami nakładanymi przez moje własne zmysły, przyśpieszyłem kroku, w poszukiwaniu swojego przysmaku. Czymże byłby świat, gdyby nie ten złoty skarb, wolno spływający po przedmiocie, na którego natrafił? Gdy wyobraziłem sobie jego aromatyczny smak, złoto-biały blask gdy skąpany w promieniach słonecznych aż czekał, by go skosztować i utonąć w morzu, a raczej oceanie ( tak, raczej to drugie ) szczęścia oraz wiecznego urodzaju. Ale skoro wszystko trwa tylko chwilę - połknięcie, napawanie się boskim smakiem, wszystko to tak szybko umyka z wilczych pojęć... Właśnie, jeśli mowa o czymś boskim, usłyszałem właśnie coś, co po części było z tym związane. Otóż, zaraz po mocnym uderzeniu z przodu, prosto w klatkę piersiową, które na moment odebrało mi wdech, usłyszałem piskliwe "Och, na miłość Boską!", a zaraz po tym krótkie "Przepraszam.". Speszony na ułamek sekundy, opuściłem łeb wciąż tkwiący w pionie w poszukiwaniu smakowitego, jak już wcześniej było wspomniane, boskiego podarunku wspaniałych pszczół. Tak, zdecydowanie ci mali, pasiaści przyjaciele nadrabiali ból spowodowany użądleniem produkcją tak wspaniałego pokarmu od nich pochodzącego.
- Nic się nie stało, to ja powinienem uważać - spojrzałem prosto w szare oczy wadery, otoczone niemalże czarnym futrem. Wydawały się na moment obarczone winą, ale gdy tylko złapałem na powrót równowagę, która na moment zdawała mi się ode mnie uciekać, odezwałem się ponownie, zostawiając wcześniejszy wypadek za nami:
- Jestem Halt, a ty? - spytałem, już potwierdzając swoje myśli, iż nic sobie nie zrobiła przez to niefortunne zderzenie. Na moment moja towarzyszka zdawała się zastanawiać nad odpowiedzią, ale w końcu również się przedstawiła. Invicta,bardzo ładne imię, chyba nigdy nie spotkałem kogokolwiek o takim. Być może oryginalne, wymyślone, bądź pochodzące z jakiegoś języka. Od razu skojarzyłem jego znaczenie, Niepokonana. Uśmiechnąłem się pod nosem, czyli trudna przeszłość, bądź chęć odstraszenia potencjalnych przeciwników. A może imię nadane przez nie nią samą, co chyba jest powszechniejsze. Bo kto nadaje sobie sam imię? Chociaż takie rzeczy także się zdarzają, ale o wiele rzadziej. Twardy orzech do zgryzienia, a może nawet nie zdająca sobie ze znaczenia własnego imienia, młoda samica. Zapowiadało się ciekawie, na prawdę ciekawie. Spojrzałem na nią niepoważnym wzrokiem, całkowicie pomijając fakt, iż właśnie poszukiwałem miodu.
- Spacerujesz po okolicy, a może czegoś szukasz? Może ci pomóc? Przydałoby mi się towarzystwo - wyznałem z nadzieją, że się zgodzi bądź też wymyśli jakąś inną czynność, którą moglibyśmy razem porobić.
< Invicta? >
- Nic się nie stało, to ja powinienem uważać - spojrzałem prosto w szare oczy wadery, otoczone niemalże czarnym futrem. Wydawały się na moment obarczone winą, ale gdy tylko złapałem na powrót równowagę, która na moment zdawała mi się ode mnie uciekać, odezwałem się ponownie, zostawiając wcześniejszy wypadek za nami:
- Jestem Halt, a ty? - spytałem, już potwierdzając swoje myśli, iż nic sobie nie zrobiła przez to niefortunne zderzenie. Na moment moja towarzyszka zdawała się zastanawiać nad odpowiedzią, ale w końcu również się przedstawiła. Invicta,bardzo ładne imię, chyba nigdy nie spotkałem kogokolwiek o takim. Być może oryginalne, wymyślone, bądź pochodzące z jakiegoś języka. Od razu skojarzyłem jego znaczenie, Niepokonana. Uśmiechnąłem się pod nosem, czyli trudna przeszłość, bądź chęć odstraszenia potencjalnych przeciwników. A może imię nadane przez nie nią samą, co chyba jest powszechniejsze. Bo kto nadaje sobie sam imię? Chociaż takie rzeczy także się zdarzają, ale o wiele rzadziej. Twardy orzech do zgryzienia, a może nawet nie zdająca sobie ze znaczenia własnego imienia, młoda samica. Zapowiadało się ciekawie, na prawdę ciekawie. Spojrzałem na nią niepoważnym wzrokiem, całkowicie pomijając fakt, iż właśnie poszukiwałem miodu.
- Spacerujesz po okolicy, a może czegoś szukasz? Może ci pomóc? Przydałoby mi się towarzystwo - wyznałem z nadzieją, że się zgodzi bądź też wymyśli jakąś inną czynność, którą moglibyśmy razem porobić.
< Invicta? >
Od Halta c.d. Yume
Czułem chyba każdy mięsień mojego ciała. Ale wiedziałem, że szybko dojdę do siebie, zmęczenie odejdzie, jak również z wciąż dającym o sobie znać bólem w boku po zetknięciu z twardą niczym skała (?), skałą.
- Chyba coś widzę - mruknęła nieco niezrozumiale, ale nie winiłem jej za to. W końcu to nie jej wina, że tutaj trafiliśmy. No, może po części, w końcu to ona spadła jako pierwsza, ale nie zrobiła tego umyślnie. Poza tym, miałem szansę ją złapać, i to dwukrotnie, a tego nie zrobiłem. A więc oboje jesteśmy po równi winowajcami, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Podążyłem za jej wzrokiem, również dostrzegając coś. No właśnie, "coś", nawet nie wiedziałem, co. Z początku zdawało mi się, że widzę unoszącą się chaotycznie mgłę, później skaczące nad wodą srebrne ryby. Po chwili jednak doszło do mnie, jak bardzo mamy przerąbane. Jakieś trzydzieści metrów przed nami rzeka pieniła się wściekle, miotając wokół nieco zbrązowiałe kłęby piany. Zdawało mi się, że pojedyncze krople już padały na moją sierść.
- Wodospad - wybełkotała z opanowaną zgrozą Yume. Tak, w rzeczy samej mieliśmy przed sobą wodospad. Moje serce przyśpieszyło. Jak długo będziemy spadać, jeśli nic nie zrobimy? Przeżyjemy? Co ns czeka tam, na dole? Wiedziałem, że jeśli szybko nie znajdziemy jakiegoś wyjścia z sytuacji innego, niż spadniecie z nieznanej odległości w dół, możemy umrzeć nam miejscu. Utopić się, uderzyć o ostre jak brzytwa krawędzie skał.
- Chyba będziemy musieli ponownie płynąć - mówiłem szybko, rozglądając się na boki w poszukiwaniu chociaż najmniejszego skrawka skał, na których byśmy mogli ze swobodą stanąć, bez ryzykowania wpadnięcia do wody. Alen ie ujrzałem niczego podobnego. Warknąłem cicho, ponownie obrzucając wszystko wokół niespokojnym, złym spojrzeniem. Tak, byłem przepełniony po brzegi niepewnością i z lekka gniewem, ale niezbyt wiedziałem, skąd wzięło się u mnie to drugie uczucie. Może byłem zły na siebie za to, że dopuściłem do takiego obrotu spraw?
< Yume? >
- Chyba coś widzę - mruknęła nieco niezrozumiale, ale nie winiłem jej za to. W końcu to nie jej wina, że tutaj trafiliśmy. No, może po części, w końcu to ona spadła jako pierwsza, ale nie zrobiła tego umyślnie. Poza tym, miałem szansę ją złapać, i to dwukrotnie, a tego nie zrobiłem. A więc oboje jesteśmy po równi winowajcami, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Podążyłem za jej wzrokiem, również dostrzegając coś. No właśnie, "coś", nawet nie wiedziałem, co. Z początku zdawało mi się, że widzę unoszącą się chaotycznie mgłę, później skaczące nad wodą srebrne ryby. Po chwili jednak doszło do mnie, jak bardzo mamy przerąbane. Jakieś trzydzieści metrów przed nami rzeka pieniła się wściekle, miotając wokół nieco zbrązowiałe kłęby piany. Zdawało mi się, że pojedyncze krople już padały na moją sierść.
- Wodospad - wybełkotała z opanowaną zgrozą Yume. Tak, w rzeczy samej mieliśmy przed sobą wodospad. Moje serce przyśpieszyło. Jak długo będziemy spadać, jeśli nic nie zrobimy? Przeżyjemy? Co ns czeka tam, na dole? Wiedziałem, że jeśli szybko nie znajdziemy jakiegoś wyjścia z sytuacji innego, niż spadniecie z nieznanej odległości w dół, możemy umrzeć nam miejscu. Utopić się, uderzyć o ostre jak brzytwa krawędzie skał.
- Chyba będziemy musieli ponownie płynąć - mówiłem szybko, rozglądając się na boki w poszukiwaniu chociaż najmniejszego skrawka skał, na których byśmy mogli ze swobodą stanąć, bez ryzykowania wpadnięcia do wody. Alen ie ujrzałem niczego podobnego. Warknąłem cicho, ponownie obrzucając wszystko wokół niespokojnym, złym spojrzeniem. Tak, byłem przepełniony po brzegi niepewnością i z lekka gniewem, ale niezbyt wiedziałem, skąd wzięło się u mnie to drugie uczucie. Może byłem zły na siebie za to, że dopuściłem do takiego obrotu spraw?
< Yume? >
piątek, 26 maja 2017
Od Halta c.d. Yume
Gdy wypłynąłem nad powierzchnie, a powietrze wypełniło moje palące żywym ogniem płuca, zacząłem dyszeć niczym biegł co najmniej tydzień, bez przerwy. Chciałem podziękować, ale gardło zbytnio mnie drapało, a ponad to teraz należało zająć się bardziej koniecznymi rzeczami. Gdyby nie Yume, pewnie nie dotarłbym na czas i nie wynurzyłbym się. Już nigdy więcej. Wiedziałem, że jestem dla niej niepotrzebnym ciężarem. Mgła owijająca się wokół mojego umysłu zaczęła odchodzić, dlatego też ostatecznie wybrałem dobrą decyzję - gdy tylko zsunąłem się z wadery, ta uniosła się nieco bardziej nad wzburzoną wodę, co było znakiem, iż faktycznie musiałem jej ciążyć.
- Żyję - wysapałem, gdy miała się odwrócić. Zapewne myślała, że moje bezwładne ciało samo zsunęło się z jej grzbietu, ponownie tonąc w mętnej wodzie. Wszystko mnie bolało, wilczyca także nie wyglądała najlepiej. Na jej pysku zebrało się nieco krwi - pewnie jakieś drobne skaleczenie od kamieni, których było pełno w wodzie. Przebierałem łapami, by utrzymać się na powierzchni, ale prąd wody sam pchał mnie do przodu, nie musiałem nic robić. Niepotrzebna walka z nim tylko jeszcze bardziej by mnie zmęczyła, w dodatku pewnie zwyczajnie stałbym w miejscu. Kiedy w końcu to urwisko się skończy i natrafimy na brzeg, gdzie będziemy mogli się zatrzymać? Na moment ponownie znalazłem się pod wodą, ale ostatecznie udało mi się wypłynąć.
- Długo tak nie pociągniemy - oznajmiłem wiedząc, iż nie tylko ja jestem wyczerpany. Po wcześniejszych zmaganiach tak na prawdę to ona powinna znajdować się wcześniej na dnie, a nie ja. Ale cóż, dobrze że stało się tak, jak się stało. Kto wie, czy zareagowałbym w odpowiednim momencie i jej pomógł. Ja żyję, ona też, chociaż tyle szczęścia mamy.
- Kłoda! - wydarła się, po czym zaczęła kaszleć. Zachłysnęła się wodą, to było oczywiste, ale dłużej nad tym nie rozmyślałem, gdyż faktycznie przed nami widniał spory pień drzewa, już bez liści na gałęziach, co świadczyło od co najmniej parudniowego przebywania w wodzie. Pognałem, jeśli tak można powiedzieć, jak najszybciej potrafiłem w jego kierunku. Jeśli uda się a niego wejść, dane nam będzie odpocząć, przynajmniej po części. Yume zrobiła to samo i po dłuższych zmaganiach wycieńczony zarzuciłem jedną łapę na konarze, po czym postąpiłem podobnie z drugą. Wadera wykonywała niemalże identyczne ruchy. Wyraźnie czułem, jak drewno wręcz wypycha mnie do góry, nie pozwalając utonąć. Ale ta pozycja, trzeba przyznać, mimo odpoczynku dla tylnych łap, dla przednich byłą prawdziwą mordownią. Stęknąłem głucho, gdy zacząłem się podciągać wyżej, ostrożnie się poruszając, by nie odwrócić do góry nogami martwej rośliny.
< Yume? >
- Żyję - wysapałem, gdy miała się odwrócić. Zapewne myślała, że moje bezwładne ciało samo zsunęło się z jej grzbietu, ponownie tonąc w mętnej wodzie. Wszystko mnie bolało, wilczyca także nie wyglądała najlepiej. Na jej pysku zebrało się nieco krwi - pewnie jakieś drobne skaleczenie od kamieni, których było pełno w wodzie. Przebierałem łapami, by utrzymać się na powierzchni, ale prąd wody sam pchał mnie do przodu, nie musiałem nic robić. Niepotrzebna walka z nim tylko jeszcze bardziej by mnie zmęczyła, w dodatku pewnie zwyczajnie stałbym w miejscu. Kiedy w końcu to urwisko się skończy i natrafimy na brzeg, gdzie będziemy mogli się zatrzymać? Na moment ponownie znalazłem się pod wodą, ale ostatecznie udało mi się wypłynąć.
- Długo tak nie pociągniemy - oznajmiłem wiedząc, iż nie tylko ja jestem wyczerpany. Po wcześniejszych zmaganiach tak na prawdę to ona powinna znajdować się wcześniej na dnie, a nie ja. Ale cóż, dobrze że stało się tak, jak się stało. Kto wie, czy zareagowałbym w odpowiednim momencie i jej pomógł. Ja żyję, ona też, chociaż tyle szczęścia mamy.
- Kłoda! - wydarła się, po czym zaczęła kaszleć. Zachłysnęła się wodą, to było oczywiste, ale dłużej nad tym nie rozmyślałem, gdyż faktycznie przed nami widniał spory pień drzewa, już bez liści na gałęziach, co świadczyło od co najmniej parudniowego przebywania w wodzie. Pognałem, jeśli tak można powiedzieć, jak najszybciej potrafiłem w jego kierunku. Jeśli uda się a niego wejść, dane nam będzie odpocząć, przynajmniej po części. Yume zrobiła to samo i po dłuższych zmaganiach wycieńczony zarzuciłem jedną łapę na konarze, po czym postąpiłem podobnie z drugą. Wadera wykonywała niemalże identyczne ruchy. Wyraźnie czułem, jak drewno wręcz wypycha mnie do góry, nie pozwalając utonąć. Ale ta pozycja, trzeba przyznać, mimo odpoczynku dla tylnych łap, dla przednich byłą prawdziwą mordownią. Stęknąłem głucho, gdy zacząłem się podciągać wyżej, ostrożnie się poruszając, by nie odwrócić do góry nogami martwej rośliny.
< Yume? >
wtorek, 23 maja 2017
Od Halta
Skoczyłem jeszcze wyżej, już prawie łapiąc tę rudą kitę owijającą się wokół gałęzi i znikającą już po drugiej stronie drzewa. Jakim cudem te małe stworzenia, o tak krótkich łapach i małych zębach mogą tak bardzo zaszkodzić?! To już trzeci raz, gdy dostałem po głowie twardym niczym skała orzechem i tym razem miałem zamiar złapać winowajcę i przerobić na pasztet. Lub na kotleta, ale co można zdziałać, gdy nie posada się patelni? Stanąłem na tylnych łapach, przednimi podpierając się o nierówną, chropowatą korę i wyciągając mocno głowę do góry, chcąc znaleźć tę małą bestię, ciskającą jeszcze przed chwilą swoimi małymi, ale jakże skutecznymi, pociskami.
- WRACAJ TUTAJ! - krzyknąłem, a raczej głośno warknąłem, gdy rudy łeb ponownie się ukazał, tym razem zza jednej z bliższych mi gałęzi. Zgiąłem łokcie i wystrzeliłem do góry, ponownie kłapiąc szczękami i raniąc... powietrze. Szlag! Znowu mi uciekła! Przeskoczyła na drugie drzewo, pognałem w tamtym kierunku z taką prędkością, że zamiast zatrzymać się w odpowiednim miejscu, straciłem równowagę i przeturlałem się prawie dwa metry dalej. Świat wirował nawet, gdy już nie czułem wyraźnego poruszania się po nierównej ściółce leśnej. Do moich nozdrzy dotarł silny, nieprzyjemny zapach odchodów. Kichnąłem, zamykając przy tym szczelnie oczy. Pokręciłem łbem, po czym ponownie je otwarłem i zauważyłem jakiś metr przed sobą sarnie bobki. Skrzywiłem pysk, nawet wcześniej nie zwróciłem uwagi na tę nieprzyjemną woń. Wstałem i otrzepałem się ze wszelkich liści, igieł, kamyków, ziemi oraz Bóg wie, czego jeszcze. Spojrzałem w górę - ani śladu po natarczywym przeciwniku.
- Nawet nie myśl, że ci odpuszczę- mruknąłem, mrużąc groźnie powieki. I wtedy usłyszałem przenikliwe piski, świsty oraz podrapywanie - tak, to bez dwóch zdań wiewiórka, która się ze mnie teraz naśmiewała. Zawarczałem na parę sekund, po czym skoczyłem nagle w prawo, skąd dochodził dźwięk. Wycelowałem idealnie i gdyby nie to, że zdobycz znajdowała się duży odcinek dalej, capnąłbym ją i porządnie przetrzepał cztery litery. We mnie rzucać orzechami! Co jej do głowy strzeliło? Zacząłem iść ostrożnie, jakbym się skradał. W rzeczywistości z cichym pomrukiem, a może powarkiwaniem, kroczyłem przed siebie i rozglądałem się czujnie na wszystkie strony, spodziewając się całego gradu amunicji wcześniej użytej przez tego iście irytującego osobnika. Zacząłem się już trochę relaksować, przedzierając się przez wyższe ode mnie o jakieś dwie głowy krzaki, wychodząc z nich i z ulgą stwierdzając, że już nie czuję kłucia gałęzi na całym ciele, co już mnie denerwowało. Ale teraz napotkałem inną przeszkodą ( a może i nie przeszkodę? ). Centralnie przede mną siedział wilk, zupełniej jakby oczekiwał mojego przybycia i już się na nie przygotował, przybierając tę pozę pełną opanowania.
- Cześć, jestem Halt! - rzuciłem jako pierwszy na powitanie, przedstawiając się nieznajomemu wilkowi. Ciekawe, czy to nowy przybysz, czy też członek tego stada?
< Ktoś? >
- WRACAJ TUTAJ! - krzyknąłem, a raczej głośno warknąłem, gdy rudy łeb ponownie się ukazał, tym razem zza jednej z bliższych mi gałęzi. Zgiąłem łokcie i wystrzeliłem do góry, ponownie kłapiąc szczękami i raniąc... powietrze. Szlag! Znowu mi uciekła! Przeskoczyła na drugie drzewo, pognałem w tamtym kierunku z taką prędkością, że zamiast zatrzymać się w odpowiednim miejscu, straciłem równowagę i przeturlałem się prawie dwa metry dalej. Świat wirował nawet, gdy już nie czułem wyraźnego poruszania się po nierównej ściółce leśnej. Do moich nozdrzy dotarł silny, nieprzyjemny zapach odchodów. Kichnąłem, zamykając przy tym szczelnie oczy. Pokręciłem łbem, po czym ponownie je otwarłem i zauważyłem jakiś metr przed sobą sarnie bobki. Skrzywiłem pysk, nawet wcześniej nie zwróciłem uwagi na tę nieprzyjemną woń. Wstałem i otrzepałem się ze wszelkich liści, igieł, kamyków, ziemi oraz Bóg wie, czego jeszcze. Spojrzałem w górę - ani śladu po natarczywym przeciwniku.
- Nawet nie myśl, że ci odpuszczę- mruknąłem, mrużąc groźnie powieki. I wtedy usłyszałem przenikliwe piski, świsty oraz podrapywanie - tak, to bez dwóch zdań wiewiórka, która się ze mnie teraz naśmiewała. Zawarczałem na parę sekund, po czym skoczyłem nagle w prawo, skąd dochodził dźwięk. Wycelowałem idealnie i gdyby nie to, że zdobycz znajdowała się duży odcinek dalej, capnąłbym ją i porządnie przetrzepał cztery litery. We mnie rzucać orzechami! Co jej do głowy strzeliło? Zacząłem iść ostrożnie, jakbym się skradał. W rzeczywistości z cichym pomrukiem, a może powarkiwaniem, kroczyłem przed siebie i rozglądałem się czujnie na wszystkie strony, spodziewając się całego gradu amunicji wcześniej użytej przez tego iście irytującego osobnika. Zacząłem się już trochę relaksować, przedzierając się przez wyższe ode mnie o jakieś dwie głowy krzaki, wychodząc z nich i z ulgą stwierdzając, że już nie czuję kłucia gałęzi na całym ciele, co już mnie denerwowało. Ale teraz napotkałem inną przeszkodą ( a może i nie przeszkodę? ). Centralnie przede mną siedział wilk, zupełniej jakby oczekiwał mojego przybycia i już się na nie przygotował, przybierając tę pozę pełną opanowania.
- Cześć, jestem Halt! - rzuciłem jako pierwszy na powitanie, przedstawiając się nieznajomemu wilkowi. Ciekawe, czy to nowy przybysz, czy też członek tego stada?
< Ktoś? >
poniedziałek, 22 maja 2017
Od Halta c.d. Yume
Gdy upewniłem się, że samica jest już ( w miarę ) bezpieczna, oznajmiłem, że najlepiej się stąd wydostać. Obserwowałem, jak drzewo, o które niedawno była zaczepiona ląduje z pluskiem w wodzie, wpadając pod nią na parę sekund, a po chwili wypływając. Kilka gałęzi złamało się wraz z zetknięciem ze skałami lub nawet samą wodą, ponownie wzbijając się w powietrze. Spojrzałem na moment w górę i upewniłem się, że nic nie stoi nam na przeszkodzie. Nic, prócz stromych, niemal pionowo ułożonych skał, na których powierzchni czasem czaił się zdradliwy mech. Wiedziałem, że Yume jest wyczerpana i ta podróż będzie dla niej prawdziwym wyzwaniem, ale im szybciej się oddalimy, tym lepiej. Dobrze wiedziałem, jak kruche potrafią być narzutowce, zwłaszcza na urwiskach, ciągle targanych przez wiatr oraz obiekty wraz z nim niesione. W tej samej chwili, gdy wadera podniosła się niepewnie na nogi i stanęła chwiejnie, usłyszałem cichsze i głośniejsze trzaski. Ich źródło miało miejsce pod nami - na szarym kamieniu, na który akurat staliśmy. Przekląłem w duchu swoją nieuwagę, gdy delikatna rysa zaczęła pojawiać się na nim, tworząc nierówne zygzaki połączone z niepokojąco brzmiącymi dźwiękami.
- Skacz! - krzyknąłem do niej, gdy pęknięcie nagle się rozprzestrzeniło, obejmując już cały płat, na którym się znajdowaliśmy. Oboje skoczyliśmy przed siebie, rzucając się na niemalże pionową ścianę, ale grunt pod naszymi łapami zniknął, zaczął spadając już w dół, przez co straciliśmy możliwość odbicia się. Również zaczęliśmy dążyć do spotkania z szalejącą wodą. Serce tłukło mi się boleśnie o żebra, ale nie miałem zamiaru się poddawać. Kontakt z wodą był nieunikniony - jedyne, co mogłem zrobić to zadbać byśmy nie natrafili na żaden niebezpieczniejszy przedmiot, niż sama, niemalże czarna toń. Nad nami unosiło się, a przynajmniej takie miałem wrażenie, parę niewielkich odłamków skalnych, nie mogły wyrządzić nam poważnej krzywdy, co najwyżej zrobić płytkie przecięcie lub uderzyć z niewielką siłą, sądząc po ich masie. Pod nami nie wyłowiłem wzrokiem żadnych niepokojących kształtów - do kontaktu z wodą dzieliło mnie jakieś pięć metrów, Yume nieco mniej. Rozejrzałem się na boki. Jedyne zagrożenie, jakie aktualnie nad nami czyhało, to ostre dno, które mogło być na dosłownie dowolnej wysokości. Mogliśmy po prostu wpaść w głębinę, pochłonięci przez czeluści cieczy lub od razu umrzeć przez styczność ze śmiercionośnym podłożem. Wziąłem głęboki wdech, gdy pozostał jakiś metr. Fala strachu dotknęła go mnie nowo, gdy poczułem, że jestem już cały zamoczony, a piekielna moc żywiołu miota mną na wszystkie możłiwe strony. Ciśnięty o bok urwiska, wyplułem w bezdeń połowę powietrza, jakie mi pozostało. Na moment widok mi się zaćmił, ale szybko odgadnąłem, że to po prostu wina wszechobecnych bąbelków, jakie wydobywały się jeszcze przed chwilą z mego pyska. Zacząłem drastycznie przebierać łapami, chcąc dotrzeć na powierzchnię, ale wszelkie starania zdawały się nie przynosić najmniejszego skutku. Prócz bólu w kłębie, którym uderzyłem jeszcze przed chwilą w nie tak ostrą, niemalże płaską ścianę. Wiedziałem, że nie wskóram nic, gdy będę walczył. Postanowiłem dać się ponieść nurtowi i jeśli szczęście dopisze, natrafi się moment na wypłynięcie i zaczerpnięcie świeżego powietrza w nozdrza. Próbowałem wzrokiem wyłapać Yume. Dostrzegłem jakieś dziesięć metrów dalej istny chaos przy powierzchni, jakby coś stale o nią uderzało, mącąc jeszcze bardziej niespokojne fale.
< Yume? >
- Skacz! - krzyknąłem do niej, gdy pęknięcie nagle się rozprzestrzeniło, obejmując już cały płat, na którym się znajdowaliśmy. Oboje skoczyliśmy przed siebie, rzucając się na niemalże pionową ścianę, ale grunt pod naszymi łapami zniknął, zaczął spadając już w dół, przez co straciliśmy możliwość odbicia się. Również zaczęliśmy dążyć do spotkania z szalejącą wodą. Serce tłukło mi się boleśnie o żebra, ale nie miałem zamiaru się poddawać. Kontakt z wodą był nieunikniony - jedyne, co mogłem zrobić to zadbać byśmy nie natrafili na żaden niebezpieczniejszy przedmiot, niż sama, niemalże czarna toń. Nad nami unosiło się, a przynajmniej takie miałem wrażenie, parę niewielkich odłamków skalnych, nie mogły wyrządzić nam poważnej krzywdy, co najwyżej zrobić płytkie przecięcie lub uderzyć z niewielką siłą, sądząc po ich masie. Pod nami nie wyłowiłem wzrokiem żadnych niepokojących kształtów - do kontaktu z wodą dzieliło mnie jakieś pięć metrów, Yume nieco mniej. Rozejrzałem się na boki. Jedyne zagrożenie, jakie aktualnie nad nami czyhało, to ostre dno, które mogło być na dosłownie dowolnej wysokości. Mogliśmy po prostu wpaść w głębinę, pochłonięci przez czeluści cieczy lub od razu umrzeć przez styczność ze śmiercionośnym podłożem. Wziąłem głęboki wdech, gdy pozostał jakiś metr. Fala strachu dotknęła go mnie nowo, gdy poczułem, że jestem już cały zamoczony, a piekielna moc żywiołu miota mną na wszystkie możłiwe strony. Ciśnięty o bok urwiska, wyplułem w bezdeń połowę powietrza, jakie mi pozostało. Na moment widok mi się zaćmił, ale szybko odgadnąłem, że to po prostu wina wszechobecnych bąbelków, jakie wydobywały się jeszcze przed chwilą z mego pyska. Zacząłem drastycznie przebierać łapami, chcąc dotrzeć na powierzchnię, ale wszelkie starania zdawały się nie przynosić najmniejszego skutku. Prócz bólu w kłębie, którym uderzyłem jeszcze przed chwilą w nie tak ostrą, niemalże płaską ścianę. Wiedziałem, że nie wskóram nic, gdy będę walczył. Postanowiłem dać się ponieść nurtowi i jeśli szczęście dopisze, natrafi się moment na wypłynięcie i zaczerpnięcie świeżego powietrza w nozdrza. Próbowałem wzrokiem wyłapać Yume. Dostrzegłem jakieś dziesięć metrów dalej istny chaos przy powierzchni, jakby coś stale o nią uderzało, mącąc jeszcze bardziej niespokojne fale.
< Yume? >
niedziela, 21 maja 2017
Od Halta c.d. Yume
Wszystko działo się tak szybko. W jednej chwili staliśmy obok siebie w milczeniu, a w drugiej zdarzyło się... to wszystko. Najpierw usłyszałem coś w rodzaju cichego westchnięcia, ale gdy już miałem to zignorować, kątem oka dostrzegłem nagły ruch oraz usłyszałem dźwięk, jaki towarzyszył dużej spadającej gałęzi uderzającej właśnie o twardy grunt. Gdy już odwróciłem łeb w stronę Yume, dojrzałem jedynie zarys jej tylnich łap oraz ogona. Chociaż czułem silny niepokój a moje serce przyśpieszyło wiedziałem, że jej musiało na chwilę stanąć. Rzuciłem się za nią, ale chcąc złapać ją za ogon spóźniłem się o dosłownie ułamek sekundy, gdyż zabrakło mi zaledwie centymetra. Przeklinając w duchu własną nieuwagę, zacząłem szukać rozwiązania problemu, o ile można nazwać tak całą sytuację. Trafniejsze byłoby użycie chociażby słowa "niebezpieczeństwo". W każdym razie odnalazłem wzrokiem solidnie wyglądające młode drzewo, które zapewne wraz z osuwającą się przez deszcze ziemią znalazło się w tak niecodziennym dla tego typu roślin, miejscu. Obliczyłem szybkość spadania wilczycy oraz odległość, po czym szybko wykrzyczałem komendę, której niespełnienie równało się z samobójstwem. Miałem nadzieję, że poslucha i je wykona, stosując się do wypowiedzi. Jeśli by tego nie zrobiła, spadłaby do wody i miałaby niewielkie szanse na przeżycie. Mogłaby uderzyć mocno łapą wskały i ją złamać, przez co by się utopiła. Mogłaby zrobić to samo, tyle że z głową i stracić przytomność. Mogłaby zostać pod wodą i się udusić. Mogłaby się nadziać na niesione wraz z nurtem rzeki patyki i poważnie się zranić. Nie zdążyłem zbadać, gdzie ta rzeka prowadzi. A więc gdyby udało jej się uniknąć tego wszytkiego, mogłaby opaść z sił na dno, wiedziona całymi kilometrami wraz z wodą. Ale ku memu zadowoleniu, usłuchała mnie i chwyciła się gałęzi drzewa. Udało się jej tak utrzymać, ale gorzej z drzewem. Impet, z jakim na niego wpadła był ogromny i już zdołał wyrwać je do połowy z korzeniami. Z każdą chwilą powoli zsuwało się coraz bardziej, musieliśmy działać szybko. Nie miałem zamiaru żegnać nowo poznanego wilka, i to jeszcze w taki sposób. Tym bardziej, że obiecałem ją oprowadzić po terenach królestwa. Gorączkowo myślałem, co teraz. Wisząca jakieś pięć metrów niżej wadera miała nikłe szanse na przeżycie bez niczyjej pomocy. Przez moment łudziłem się, że może posiada jakąś pomocną w tej sytuacji moc, ale szybko stwierdziłem, że już dawno by jej użyła. Szybko podjąłem decyzję. Stawiając ostrożne kroki, zacząłem powoli, ale stopniowo przyśpieszając, kłaść łapy na twardej, niepewnej skale. Zchodziłem w dół do Yume, mając zamiar pomóc jej się wdrapać na skalną półkę. W momencie, gdy dzielił nas zaledwie metr, kamień pod moją tylnią łapą trzasł i w powietrze wyleciał spory kawał kamienia. Straciłem równowagę, ale udało mi się ją odzyskać poprzez zaczepienie się łapami o prowizoryczne podłoże.
< Yume? >
< Yume? >
piątek, 19 maja 2017
Od Halta c.d. Yume
- A więc- zacząłem opowiadać. W końcu jeśli ma dołączyć do watahy to lepiej, by wiedziała o niej chociaż trochę. Z resztą... sama poprosiła, co nieco mnie zdziwiło. Myślałem, że chce mnie zbyć i zostać sama - nasza wataha podzielona jest na dwa królestwa - Nocy i Dnia. Pierwszym włada Dakota, natomiast tym drugim Yennefer. Osobiście należę do Królestwa Dnia, teraz także się na nim znajdujemy. Twój wybór, gdzie pójdziesz. Nie byłem jeszcze na drugim i niewiele ci mogę o nim opowiedzieć oprócz tego, że mało co tam rośnie i jak na razie jest tam więcej wilków, niż tutaj. Natomiast Królestwo Dnia charakteryzuje się różnorodnością fauny oraz flory, jest tu na prawdę ładnie - skończyłem na tym swoją wypowiedź. Mógłbym powiedzieć jej oczywiście o wiele więcej, ale to już sama by odkryła. To, jak lekki wiatr rozwiewa sierść podczas biegu. Gdy zapach zwierzyny unosi się w powietrzu, a ty, zamiast zacząć polować zaczynasz cieszyć się tym, że jest tu tak wiele życia. Każda roślina, każde zwierzę, a nawet zwykły kamień - wszystko ma swoją historię, bez wyjątku. Dlaczego by jej nie poznać? Zbiegając wzdłuż zbocza, potknąć się i runąć na ziemię, rozwiewając wokół dmuchawce i obserwując, jak wiatr niesie je w dal, by dać szansę na rozwój tego małego świata. Obserwować, jak dwie wiewiórki kłócą się o orzecha na wysokim drzewie, zawzięcie skacząc z jednej gałęzi na drugą. Jak małe ptaki wyglądają z zaciekawieniem z gniazda, by w końcu samoistnie z niego wyfrunąć i polecieć lub spaść, nie mając już szans na dalszy żywot. Jak rwąca rzeka rozrzuca wokół swoje krople, które możesz aż poczuć na swoim ciele i się schłodzić. Jak rodzic lisiąt troskliwie namawia je do wyjścia z bezpiecznej nory, by po raz pierwszy poczuć się wolnym. Obserwować, jak życie toczy się wokół, nie zatrzymując się ani na moment.
Skręciłem w prawo, kończąc naszą wędrówkę do urwiska. Z zachwytem patrzyłem, jak czysto zielona trawa, zakłócana jasnym brązem nagiej, suchej ziemi, kończy się nagle, ustępując miejsca ziejącej przepaści. Szare, niemalże czarne pomieszane z brązem koloru rdzy skały o ostrych brzegach, obrośnięte grubą warstwą mchu, budowały dwa krańce ziemi, oddzielonej od siebie o jakieś czterdzieści metrów. Drzewa kończyły się tuż za naszymi plecami, po drugiej stronie zaczynały się niemalże od razu.Słychać było głośny szum wody, która stłoczyła się zapewne parędziesiąt lat temu na dnie urwiska, brnąc z ogromną szybkością przed siebie. Gałęzie, kamienie, a czasem nawet i ciała martwych zwierząt wypływały czasem na powierzchnie, niesione przez rwący nurt. Podszedłem do samego krańca miękkiej trawy, spoglądając prosto przed siebie. Widok ten znałem już bardzo dobrze, niemalże na pamięć. W powietrzu, ponad ostrymi czubkami iglastych drzew, unosił się klucz ptaków, skrzeczących głośno, lecz frunących dalej niestrudzenie. Bezchmurne niebo zapewniało ciepło, ogarniające mnie z każdej strony. Złociste promienie słoneczne muskały delikatnie wszystko wokół, rozświetlając powietrze swoim niezwykłym blaskiem. Pszczoła przeleciała bzycząc melodyjnie gdzieś w oddali.
< Yume? >
Skręciłem w prawo, kończąc naszą wędrówkę do urwiska. Z zachwytem patrzyłem, jak czysto zielona trawa, zakłócana jasnym brązem nagiej, suchej ziemi, kończy się nagle, ustępując miejsca ziejącej przepaści. Szare, niemalże czarne pomieszane z brązem koloru rdzy skały o ostrych brzegach, obrośnięte grubą warstwą mchu, budowały dwa krańce ziemi, oddzielonej od siebie o jakieś czterdzieści metrów. Drzewa kończyły się tuż za naszymi plecami, po drugiej stronie zaczynały się niemalże od razu.Słychać było głośny szum wody, która stłoczyła się zapewne parędziesiąt lat temu na dnie urwiska, brnąc z ogromną szybkością przed siebie. Gałęzie, kamienie, a czasem nawet i ciała martwych zwierząt wypływały czasem na powierzchnie, niesione przez rwący nurt. Podszedłem do samego krańca miękkiej trawy, spoglądając prosto przed siebie. Widok ten znałem już bardzo dobrze, niemalże na pamięć. W powietrzu, ponad ostrymi czubkami iglastych drzew, unosił się klucz ptaków, skrzeczących głośno, lecz frunących dalej niestrudzenie. Bezchmurne niebo zapewniało ciepło, ogarniające mnie z każdej strony. Złociste promienie słoneczne muskały delikatnie wszystko wokół, rozświetlając powietrze swoim niezwykłym blaskiem. Pszczoła przeleciała bzycząc melodyjnie gdzieś w oddali.
< Yume? >
środa, 17 maja 2017
Od Halta c.d. Yume
Przyśpieszyłem kroku, chcąc sprawdzić, jak długo jeszcze zdoła utrzymać swoją postawę twardziela. Nawet zdołała ustabilizować swój oddech, ale wciąż wraz z wydechem słychać było cichy świst, jakby wypuszczała powietrze przez zęby. Przez moment nie działo się nic. Wydawało mi się, że zaraz przyśpieszy i do mnie dołączy lub też poprosi, bym zwolnił. Choć bardziej prawdopodobne było to, że wybierze tą pierwszą wersję. I tak też się stało, po niecałej minucie już truchtała obok mnie. Ciekawe, czy zachowuje się tak na co dzień. Może chce mi zaimponować? Albo pokazać że z nią nie ma żartów? Osobiście uważałem, że to byłoby bez sensu. Należy w razie zagrożenia utrzymywać się w czujności i być gotowym na wszystko, ale sprawiać zupełnie inne wrażenie. Jakby się bało, nie miało się sił, czy coś w tym stylu. To zmyli przeciwnika, który nie doceni tego wilka i przez to szanse na zwycięstwo będą dwa razy większe. Oczywiście dla tego, który by udawał. Bo przecież lepiej zgrywać słabeusza, niż stać się nim i paść martwym na ziemie. Ale z mojej stron nic jej nie grozi. Właściwie, to nie miałbym nic przeciwko, żeby została na dłużej, ale co innego pewnie powie przywódczyni. Jeśli to ona by ją spotkała, na bank miałaby przechlapane. Albo uciekać albo zostawać. Nie zdążyłem jeszcze poznać dobrze Yennefer, ale wydawało mi się, że nie potraktowała by jej przyjaźnie, gdyby odmówiła dołączenia do watahy lub powiedziała, że chce się rozejrzeć. Ale to także mógłby być blef lub zwyczajny charakter wadery, który wprowadza mnie w błąd.
- Już nie daleko - oświadczyłem. W zasadzie, to jakieś niecałe pięć minut, o ile uda nam się nie zwolnić. Gdzieś w oddali słychać było twarde uderzenia kopyt po kamienie - pewnie jakieś sarny biegły po twardej skale, która zdawała się nagle wyrastać spod ziemi. Gdy po raz pierwszy natknąłem się na ten kamień myślałem, że jeszcze przed chwilą go tam nie było. Prawda jest taka, że biegnąc przez liczne paprocie sztuką byłoby dostrzeżenie kamienia, który nagle się pojawia. Zwłaszcza, że spomiędzy jego popękać wygląda młoda, zielona trawa. Uwagę samicy zwrócił na moment ten sam dźwięk, który jeszcze przed chwilą zwrócił także i moją. Ale nie zastanawiała się długo nad tym, co zrobi. O ile w ogóle tak było. Truchtała dalej, unosząc się lekko nad miękkim gruntem. Tak, w tej okolicy każdy, nawet najlżejszy wilk się zapadał. resztą, nie tylko wilki tak miały.
- Oto i nasz potok - odparłem, czyniąc coś, co było z mojej strony lekkim usunięciem się na bok i daniem znać, żeby poszła pierwsza. Najwyraźniej to podłapała - zaraz po tym, jak się zatrzymałem, ona także zwolniła i poczłapała do rwącej wody. Niedawne opady sprawiły, że jej poziom nieznacznie się podniósł i sprawił, że stałą się nieco matowa. Ale nadal było widać dno i pływające nieco nad nim srebrne ryby. Ich łuski odbijały światło słoneczne, zresztą tak jak i pomarszczona tafla wody. Podszedłem również do szerokiej na jakiś metr, może mniej, rzeki i obserwowałem, jak wadera pije łapczywie wodę. Z początku nie zawracała sobie nawet mną głowy, ale w końcu zwolniła w swojej czynności i piła wolniej. Po jakimś czasie ( wow, na prawdę musiało chcieć się jej pić) wstała.
- Jestem Yume - przedstawiła się w końcu. Chociaż jej ton brzmiał oschle, mogłem uznać to za dobry znak. Po raz pierwszy powiedziała coś sama z siebie. I w dodatku nie było to pytanie, lecz zdradzenie swojej tożsamości. Byle nie fałszywej, wilcze imiona nie tak łatwo umykają z mojego umysłu.
< Yume? >
- Już nie daleko - oświadczyłem. W zasadzie, to jakieś niecałe pięć minut, o ile uda nam się nie zwolnić. Gdzieś w oddali słychać było twarde uderzenia kopyt po kamienie - pewnie jakieś sarny biegły po twardej skale, która zdawała się nagle wyrastać spod ziemi. Gdy po raz pierwszy natknąłem się na ten kamień myślałem, że jeszcze przed chwilą go tam nie było. Prawda jest taka, że biegnąc przez liczne paprocie sztuką byłoby dostrzeżenie kamienia, który nagle się pojawia. Zwłaszcza, że spomiędzy jego popękać wygląda młoda, zielona trawa. Uwagę samicy zwrócił na moment ten sam dźwięk, który jeszcze przed chwilą zwrócił także i moją. Ale nie zastanawiała się długo nad tym, co zrobi. O ile w ogóle tak było. Truchtała dalej, unosząc się lekko nad miękkim gruntem. Tak, w tej okolicy każdy, nawet najlżejszy wilk się zapadał. resztą, nie tylko wilki tak miały.
- Oto i nasz potok - odparłem, czyniąc coś, co było z mojej strony lekkim usunięciem się na bok i daniem znać, żeby poszła pierwsza. Najwyraźniej to podłapała - zaraz po tym, jak się zatrzymałem, ona także zwolniła i poczłapała do rwącej wody. Niedawne opady sprawiły, że jej poziom nieznacznie się podniósł i sprawił, że stałą się nieco matowa. Ale nadal było widać dno i pływające nieco nad nim srebrne ryby. Ich łuski odbijały światło słoneczne, zresztą tak jak i pomarszczona tafla wody. Podszedłem również do szerokiej na jakiś metr, może mniej, rzeki i obserwowałem, jak wadera pije łapczywie wodę. Z początku nie zawracała sobie nawet mną głowy, ale w końcu zwolniła w swojej czynności i piła wolniej. Po jakimś czasie ( wow, na prawdę musiało chcieć się jej pić) wstała.
- Jestem Yume - przedstawiła się w końcu. Chociaż jej ton brzmiał oschle, mogłem uznać to za dobry znak. Po raz pierwszy powiedziała coś sama z siebie. I w dodatku nie było to pytanie, lecz zdradzenie swojej tożsamości. Byle nie fałszywej, wilcze imiona nie tak łatwo umykają z mojego umysłu.
< Yume? >
wtorek, 16 maja 2017
Od Halta c.d.Yume
Chciałem się roześmiać na głos. Wadera wydawała mi się niezwykle spięta, jakby w każdej chwili oczekiwała jakiegoś nagłego ruchu. Na prawdę chyba bym się położył na ziemi i tarzał po niej, gdyby nagle z krzaków wyskoczył jakiś wilk, grożąc jej za wkroczenie na teren Królestwa Dnia. Może by jej tak trochę opowiedzieć o tym miejscu? Albo pierw przedstawić przywódczyni? Jednak najpierw chciała sobie pozwiedzać. Może by tak zaoferować jej małą dawkę adrenaliny? Chociaż pewnie i tak już wiele przeszła, dyszała bowiem jak parowóz. Zaśmiałem się cicho, ruszając przed siebie.
- Gdzie idziemy? - spytała ze zdziwieniem .Najwidoczniej nie spodziewała się, że to ja obejmuję prowadzenie. Przystanąłem na moment, odwróciłem łeb o niemalże sto osiemdziesiąt stopni i spojrzałem na nią tak, jakby odpowiedź byłą oczywista..
- Na wycieczkę terenoznawczą, rzecz jasna. Tylko uważaj na mrówki, są wyjątkowo dokuczliwe w tej części lasu - oznajmiłem. Wydawało mi się jakby prychnęła cicho pod nosem, a może kaszlnęła? Bladego pojęcia nie miałem, ale wiedziałem jedno - ona na pewno się zgodzi na zostanie w watasze. Zwłaszcza, jeśli to ja będę jej osobistym przewodnikiem.
- A więc; po prawej widać wschodnie drzewa, a po lewej zachodnie - zastanawiałem się na moment, czy czasem nie pomyliłem kierunków. Swoim opowiadaniem miałem zamiar sprawdzić jej charakter. Niegrzeczne wilki przerwą mi lub strzelą focha. Uprzejme wysłuchają ze znudzeniem, bądź poproszą o zmianę tematu rozmowy, a raczej monologu. Sprytne wymkną się "niepostrzeżenie". Śmiałe oraz krwiożercze zabiją mnie. Wredne każą się zamknąć.
- Kontynuując, istny raj dla przeróżnych gatunków ptaków. - ostatnie słowo wypowiedziałem z obrzydzeniem. Dzisiaj prawie zostałem zbombardowany przez dwa zakochane w sobie gołąbeczki. Oczywiście, nie były to gołębie, ale to chyba wyczuje każdy, kto zna smak sarkazmu oraz ironii. - Wiesz, że gdzieś w pobliżu znalazłem gniazdo kiwi? Chodzi oczywiście nie o owoc, lecz o ptaka. Chyba gniazdo. Mam nadzieję, że gniazdo -ciągnąłem, z udawaną, a jednocześnie szczerą ekscytacją. Na prawdę, jeśli to nie było gniazdo, chyba się zabiję. I oczywiście nie należało ono do kiwi.Chyba, że trafiłem w dziesiątkę. Nawet nie wiedziałem, czy mają one gniazda na ziemi. I czy w ogóle mają gniazda. I nawet, czy występują na tych terenach, w co szczerze wątpię.
- Wszystko dobrze? - spytałem po chwili, nie siląc się na tłumienie rozbawienia wyraźnie bijącego ode mnie ze zdwojoną siłą, niż przedtem. Ponownie odwróciłem w jej kierunku łeb. Dzieliła nas mniejsza odległość, ale nadal jakieś dwa metry. Przystanąłem, by mogła się ze mną zrównać, po czym zapytałem żwawo:
- Ciężka podróż, hmmm? - wyglądała na zmęczoną Może nie powinniśmy iść tak szybko? Wzrok jednak nadal miałem niepoważny, byłem tego pewien. Trudno byłoby mi takowego nie utrzymać, zwłaszcza widząc wilczycę znacznie młodszą od siebie, zdającą się w każdej chwili móc upaść na ziemię i już nie wstać. - Chce ci się pić? Możemy pójść nad rzekę - dodał, gdy nie odpowiadała.
<Yume? Odpisz xd >
- Gdzie idziemy? - spytała ze zdziwieniem .Najwidoczniej nie spodziewała się, że to ja obejmuję prowadzenie. Przystanąłem na moment, odwróciłem łeb o niemalże sto osiemdziesiąt stopni i spojrzałem na nią tak, jakby odpowiedź byłą oczywista..
- Na wycieczkę terenoznawczą, rzecz jasna. Tylko uważaj na mrówki, są wyjątkowo dokuczliwe w tej części lasu - oznajmiłem. Wydawało mi się jakby prychnęła cicho pod nosem, a może kaszlnęła? Bladego pojęcia nie miałem, ale wiedziałem jedno - ona na pewno się zgodzi na zostanie w watasze. Zwłaszcza, jeśli to ja będę jej osobistym przewodnikiem.
- A więc; po prawej widać wschodnie drzewa, a po lewej zachodnie - zastanawiałem się na moment, czy czasem nie pomyliłem kierunków. Swoim opowiadaniem miałem zamiar sprawdzić jej charakter. Niegrzeczne wilki przerwą mi lub strzelą focha. Uprzejme wysłuchają ze znudzeniem, bądź poproszą o zmianę tematu rozmowy, a raczej monologu. Sprytne wymkną się "niepostrzeżenie". Śmiałe oraz krwiożercze zabiją mnie. Wredne każą się zamknąć.
- Kontynuując, istny raj dla przeróżnych gatunków ptaków. - ostatnie słowo wypowiedziałem z obrzydzeniem. Dzisiaj prawie zostałem zbombardowany przez dwa zakochane w sobie gołąbeczki. Oczywiście, nie były to gołębie, ale to chyba wyczuje każdy, kto zna smak sarkazmu oraz ironii. - Wiesz, że gdzieś w pobliżu znalazłem gniazdo kiwi? Chodzi oczywiście nie o owoc, lecz o ptaka. Chyba gniazdo. Mam nadzieję, że gniazdo -ciągnąłem, z udawaną, a jednocześnie szczerą ekscytacją. Na prawdę, jeśli to nie było gniazdo, chyba się zabiję. I oczywiście nie należało ono do kiwi.Chyba, że trafiłem w dziesiątkę. Nawet nie wiedziałem, czy mają one gniazda na ziemi. I czy w ogóle mają gniazda. I nawet, czy występują na tych terenach, w co szczerze wątpię.
- Wszystko dobrze? - spytałem po chwili, nie siląc się na tłumienie rozbawienia wyraźnie bijącego ode mnie ze zdwojoną siłą, niż przedtem. Ponownie odwróciłem w jej kierunku łeb. Dzieliła nas mniejsza odległość, ale nadal jakieś dwa metry. Przystanąłem, by mogła się ze mną zrównać, po czym zapytałem żwawo:
- Ciężka podróż, hmmm? - wyglądała na zmęczoną Może nie powinniśmy iść tak szybko? Wzrok jednak nadal miałem niepoważny, byłem tego pewien. Trudno byłoby mi takowego nie utrzymać, zwłaszcza widząc wilczycę znacznie młodszą od siebie, zdającą się w każdej chwili móc upaść na ziemię i już nie wstać. - Chce ci się pić? Możemy pójść nad rzekę - dodał, gdy nie odpowiadała.
<Yume? Odpisz xd >
poniedziałek, 15 maja 2017
Od Halta
Truchtałem z uniesionym łbem, słuchając radosnego ćwierkania ptaków. Dwa właśnie nade mną przeleciały, a ja, jak to mam w zwyczaju robić, odsunąłem się na bok. "Niech tylko któryś na mnie narobi!" - burknął głos w mojej głowie. Nie miałem zamiaru zostać przenośną kuwetą dla tych ptaszysk, swoją drogą wydających się swoim beztroskim trzepotem skrzydeł drwić ze mnie. Przyśpieszyłem do biegu, nucąc pod nosem jakąś wymyśloną, nieistniejącą melodię. Ale skoro właśnie ją podśpiewuję, to czy nie jest już istniejąca? Na moment się nad tym zastanowiłem, ale ostatkiem zrezygnowałem. Moje łapy dudniły rytmicznie o twardą ziemię pokrytą miejscami kępami czysto zielonej trawy. Przyśpieszyłem jeszcze bardziej, rezygnując z tradycyjnej wydeptanej ścieżki i robiąc zakręty wśród drzew.
- Jak pijak jakiś normalnie - powiedziałem sam do siebie, cicho chichocząc. Tak, miałem skłonności do prowadzenia monologów. Nie zawsze o mądrym temacie, jeśli już chcecie wiedzieć. Ostatnie dni były dość ekscytujące, przynajmniej dla mnie. Gdy przekroczyłem granicę watahy, nawet nie wiedziałem, że to zrobiłem. Dopiero po paru godzinach wyczułem obecność wilków. Silny zapach czyjejś sierści rozwiewał powoli lekki wietrzyk. Wkrótce po tym ujrzałem przed sobą wilka. A konkretnie, to szarą wilczycę, z którą dogadanie się zajęło mi mnóstwo czasu. Ale ostatkiem zdołałem wszystko ustabilizować. Ba! Nawet przekonać, bym dołączył do watahy! Okazało się, że rozmawiam z samą przywódczynią Królestwa Dnia! Tak właśnie je nazwała. A teraz biegłem sobie, już jako oficjalny członek tejże oto grupy wilków. Grupy, z której poznałem tylko jednego osobnika, w dodatku niezbyt miłego. Ale cóż, może to tylko pozory. Albo faktycznie diabelski charakter, chociaż zbytnio mi to nie przeszkadzało. Bo dlaczego miałoby? Każdy jest inny, sam jestem tego dobrym przykładem. Bo jaki inny wilk z jednej strony siedziałby całymi dniami nad rzeką, obserwowałby wszystko podjadając miód, a z drugiej biegałby jak szalony z młodzikami, urządzając różne zabawy oraz podróżował? Oczywiście istnieje także o wiele więcej tych stron, a ich wymienianie zajęłoby stanowczo zbyt wiele czasu.
- Huh? - powiedziałem sam do siebie, gdy zauważyłem paręnaście metrów od siebie postać jakiegoś wilka. Skąd on się tam znalazł? Jeszce chwilę temu go tam nie było?" Może dlatego, idioto, że skręciłeś dopiero parę sekund temu?" - pomyślałem, samemu sobie odpowiadając na to pytanie. Potruchtałem żwawo w stronę nieznajomego, ponownie unosząc wysoko łeb.
- Witaj, jestem Halt - odezwałem się jako pierwszy mając nadzieję, że ten wilk okaże się choć trochę bardziej przyjazny, niż poprzedni, z jakim miał zaszczyt rozmawiać. Mimo wszystko mój ton był lekki, niczym letni podmuch wiatru. Dopiero teraz miałem okazję lepiej przyjrzeć się wilkowi, gdy dzielił ich zaledwie jakieś dwa metry. Zatrzymałem się, po czym nadal się prostując, zacząłem oglądać z zaciekawieniem przybysza, oczekując przy tym samym odpowiedzi na moje zagadnięcie.
< Ktoś? >
- Jak pijak jakiś normalnie - powiedziałem sam do siebie, cicho chichocząc. Tak, miałem skłonności do prowadzenia monologów. Nie zawsze o mądrym temacie, jeśli już chcecie wiedzieć. Ostatnie dni były dość ekscytujące, przynajmniej dla mnie. Gdy przekroczyłem granicę watahy, nawet nie wiedziałem, że to zrobiłem. Dopiero po paru godzinach wyczułem obecność wilków. Silny zapach czyjejś sierści rozwiewał powoli lekki wietrzyk. Wkrótce po tym ujrzałem przed sobą wilka. A konkretnie, to szarą wilczycę, z którą dogadanie się zajęło mi mnóstwo czasu. Ale ostatkiem zdołałem wszystko ustabilizować. Ba! Nawet przekonać, bym dołączył do watahy! Okazało się, że rozmawiam z samą przywódczynią Królestwa Dnia! Tak właśnie je nazwała. A teraz biegłem sobie, już jako oficjalny członek tejże oto grupy wilków. Grupy, z której poznałem tylko jednego osobnika, w dodatku niezbyt miłego. Ale cóż, może to tylko pozory. Albo faktycznie diabelski charakter, chociaż zbytnio mi to nie przeszkadzało. Bo dlaczego miałoby? Każdy jest inny, sam jestem tego dobrym przykładem. Bo jaki inny wilk z jednej strony siedziałby całymi dniami nad rzeką, obserwowałby wszystko podjadając miód, a z drugiej biegałby jak szalony z młodzikami, urządzając różne zabawy oraz podróżował? Oczywiście istnieje także o wiele więcej tych stron, a ich wymienianie zajęłoby stanowczo zbyt wiele czasu.
- Huh? - powiedziałem sam do siebie, gdy zauważyłem paręnaście metrów od siebie postać jakiegoś wilka. Skąd on się tam znalazł? Jeszce chwilę temu go tam nie było?" Może dlatego, idioto, że skręciłeś dopiero parę sekund temu?" - pomyślałem, samemu sobie odpowiadając na to pytanie. Potruchtałem żwawo w stronę nieznajomego, ponownie unosząc wysoko łeb.
- Witaj, jestem Halt - odezwałem się jako pierwszy mając nadzieję, że ten wilk okaże się choć trochę bardziej przyjazny, niż poprzedni, z jakim miał zaszczyt rozmawiać. Mimo wszystko mój ton był lekki, niczym letni podmuch wiatru. Dopiero teraz miałem okazję lepiej przyjrzeć się wilkowi, gdy dzielił ich zaledwie jakieś dwa metry. Zatrzymałem się, po czym nadal się prostując, zacząłem oglądać z zaciekawieniem przybysza, oczekując przy tym samym odpowiedzi na moje zagadnięcie.
< Ktoś? >
Nowy wilk - Halt
KONTAKT: Niksoe ( hw) niksoe666@gmail.com (e-mail)
by Don Komarechka ( flickr)
Halt
Połowa znanych mu wilków nazywa go jednak Dziadkiem, co zdążył już z frustracją zaakceptować.
PŁEĆ: Ewidentnie samiec.WIEK: 16 lat, taki staruszek.
PARTNER: Kiedyś jedna wadera spowodowała prawdziwą burzę serc, ale po pewnym incydencie cały czar prysł i teraz partnerstwo ma w miejscu, gdzie światło raczej nie dochodzi.
KRÓLESTWO: Dnia
OPIS: Halt to doświadczony, stary basior. Ale nie oceniaj go tak szybko, gdyż możesz się zdziwić tym faktem - sprawność to ona ma wciąż młodego wilka, a wzrok jastrzębia. Mało co umknie jego uwadze, ma oczy i uszy dookoła głowy, jak to się mówi. Często włada starymi przysłowiami, chociaż nie gardzi też tradycyjnymi mottami. Na pierwszy rzut oka może wydać się spokojnym i rozmownym, aczkolwiek miłym i prowadzącym nudne życie, samcem. Ale niech cię to nie zmyli - jego żywot pełen jest żartów, wygłupów oraz przygód. Często wpada na głupie pomysły i realizuje je sam lub z kimś, ale niewielu zna go od strony ryzykanta. Chociaż już po paru dniach spędzonych w jego towarzystwie dostrzeżesz, że jest wszystkiego ciekaw i wszystkiego chętny. Cóż, przynajmniej tego, co uzna za godne jego uwagi... W każdym razie, w jego towarzystwie nie będziesz się nudzić. Właściwie, to trudno nawet dotrzymać mu kroku. Lenistwo uważa za prawdziwą zniewagę, on jest dosłownie w s z ę d z i e. Tutaj przebiegnie ci przed nosem, tutaj zacznie skakać na drzewa i dla zabawy obgryzać gałęzie z szyszek, tutaj zdeterminowany zaproponuje wyścig. Trzeba przyznać, że rywalizacja to jego drugie imię ( pomijając to o nazwie "Ryszard", rzecz jasna, ale ze wszystkich sił stara się utrzymać je w tajemnicy. Nie chce, by ktoś nazywał go Ryśkiem, albo co gorsza Dziadkiem Ryśkiem). Tak więc, kontynuując, trzyma śmierć za dłoń. Albo łapę, zależy, jak sobie to wilk wyobrazi. Halt jest energiczny i chętny do wszystkiego, ale warto dodać, że z nim można także szczerze porozmawiać. Chociaż może podczas prowadzenia takiej konwersacji rzuci parę uszczypliwych bądź o charakterze żartobliwym, tekstów,to zawsze wysłucha. O tak, jest bardzo dobrym słuchaczem. Mu możesz się ze wszystkiego zwierzyć, liczyć na wsparcie oraz bezinteresowną pomoc. Cóż, może nie tak do końca bezinteresowną, gdyż czasem zażąda nieco miodu. Zdecydowanie to jego ulubiony przysmak. Poza świeżym mięsem zawsze chętny jest na spożycie tego przysmaku. Przekupstwo miodem? Może wypali, może nie, ale czemu by nie spróbować? Kończąc już, warto tylko dodać, iż nie skąpi innym dokuczliwych uwag, ironicznych wypowiedzi oraz innych tego typu spraw. Oczywiście wiele rzeczy bierze na poważnie, ale trudno to po nim poznać. Już taka jego natura.
WYGLĄD: Gęste szaro-czarno-białe futro porasta go całego. Jest przeciętnego wzrostu, posiada natomiast, nieco krótszy od innych, ogon. Jasno błękitne, momentami szare oczy przenikają każdego na wylot. Zdaje się nimi odczytywać z wilków prawdę, chociaż w połowie przypadków robi to dla żartu. Lub ze zwykłego przyzwyczajenia.
STANOWISKO: Strateg
RODZINA: Brak.
SZCZENIĘTA: Nie ma i raczej posiadać nie będzie.
MOC: Jego wycie ( oraz szczeknięcie, czy warknięcie ) jest słyszalne na odległość niemal dziesięciokrotnie większą, niż u przeciętnego wilka. Gdy podczas tego rodzaju wycia będziesz stać blisko niego, grozi to nawet ogłuszeniem lub ogłuchnięciem. O dziwo, jemu samemu nic się nie dzieje... Dość przydatna zdolność, nieprawdaż?
WOLFLARY: 100
CIEKAWOSTKI: | wielbi miód | słynie ze swojej wiedzy oraz doświadczenia | uwielbia przygody oraz ryzyko, ale niepotrzebne narażanie swojego życia za coś błahego uznaje za rzecz wręcz nienormalną | lubi "czasem" złamać zasady | uwielbia podróżować, ogólnie poznawać nowe tereny | jest dość przyjacielskim wilkiem, ma niewiele wrogów | wioli rozwiązania pokojowe, niż za pomocą przemocy | planując strategię podczas walki zawsze stara się wybrać taką, by jak najmniej zaszkodziła obu stronom, ale poskutkowała | nigdy nie zdradza powierzonych mu tajemnic | jest lojalny oraz oddany | planuje ślub z miodem, który później zje (?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
